Jeśli chcesz otrzymywać informacje o imprezach
i nowościach w serwisie podaj swój e-mail
english version
reklama Klubureklama sklepu

Sprawozdanie Ryszarda Czubińskiego z trasy nr 3


Trasa 3: Okolice Mąchocic, woj. świętokrzyskie

Tekst: Ryszard Czubiński


Na początku maja zdecydowaliśmy z Pawłem, jedziemy na ten Rajd Nieustający. Ja, Rysiek z Bielska-Białej i Paweł ze Starachowic - razem pracujemy i razem podzielamy wspólną pasję do jazdy tam, gdzie inni wolą NIE oraz do zobaczenia więcej niż bliźni, niekoniecznie z okien klimatyzowanego autokaru.


Wyposażeni w dwie samurajki 1300 prawie nie przerabiane ze stanu fabrycznego, usiedliśmy nad road-bookiem tras i uznaliśmy, że jako pierwszą zaliczymy trasę Mąchocice. Nie zdając sobie sprawy z błędu, ruszyliśmy wcześniej, aby „machnąć te 50 km” w jeden dzień i mieć to z głowy.
Nie będę ściemniał – 4 dni walczyliśmy z tą trasą, ale za to z uporem maniaka punkt po punkcie, przeklinając od czasu do czasu Wojtka i jego pomysły z punktami kontrolnymi.

Ale po kolei. Początkowo szło nam świetnie. Trasa łatwiutka, prosta jak strzała, opis jazdy jak dla ociężałych w myśleniu. Pogoda wspaniała to i uśmiech na buziach nie ustawał. Łatwizna - pomyśleliśmy - na wieczorną kolację do Starachowic przyjedziemy może nawet trochę wcześniej.

Nawet nam do głowy nie przyszło, co też Wojtek ma do powiedzenia o trasie i oczywiście nie przeczytaliśmy opisu trasy (a kto naprawdę przeczytał, tak od deski do deski?), dlatego nie znając stopnia trudności wybraliśmy się jak ten głuchy i ślepy. Dodam, że obaj mamy już po kilka lat praktyki w off-road'zie, z tym, że ja raczej poruszałem się quadem, co w jakimś stopniu mnie usprawiedliwia – wiadomo, na quadzie czym gorzej, tym lepiej. ALE PAWEŁ...

Tak jadąc sobie spokojnie dojechaliśmy do podestu widokowego na zalew w Cedzynie. Potem troszeczkę zamotaliśmy się w drodze do Diabelskiego Kamienia. Zresztą nie my jedni, z tego co wiem. Na ostatnim skrzyżowaniu pojechaliśmy za daleko, a potem już były jakieś skały, ale to nie o te chodziło. Potem trasa już tak nie pasowała, że wróciliśmy do feralnego skrzyżowania i teraz już pojechaliśmy dobrze. Ale dwie godziny w plecy...

Jak się później okazało, nie byliśmy jedynymi, którzy tam właśnie się pogubili.

Dalej trasa znów sielsko przyjemna, odżyły nadzieje na kolacyjkę, cieplutką w Starachowicach - no cóż, łatwizna. Nic nie zapowiadało nadchodzącego nieszczęścia.

Dzień wcześniej troszeczkę padało, więc miejscami przy odrobinie szczęścia można było co nieco "grzebnąć" w błotku, żeby auta wyglądały na „sterane”, bo jak wytłumaczyć Aśce Pawłowej, że pojechały dwa Gamonie na off-road i wracamy czyściutkimi samurajkami? Pomyślałaby, że - ani chybi - pogrywali w karty gdzieś po cichutku, a potem opowiadają dyrdymały o terenie. Swoją drogą, mogłoby być trochę brudniej - pomyśleliśmy. Jeszcze nie wiedzieliśmy, że marzenia nam się spełnią w dwójnasób.

Jedziemy, mijamy polanki, dróżki, hoteliki, kolejne kapliczki, wjeżdżamy w jakiś lasek, dalej sympatyczna dróżka leśna, dookoła masa liści (czy to jesień?), piękne widoki - jednym słowem: SIELANKA.

Nagle droga zaczyna się zwężać. Trzeba jechać ostrożnie...
Wtem Paweł się zatrzymuje i mówi:
- Ty, pobłądziliśmy, droga się skończyła. Jakżeś to prowadził?
- Nie może być – odpowiadam - z giepeesem (GPS) się zgadza, z mapą też, pewnie Wojtek coś poknocił.
Muszę dodać, że wszystkie nasze wcześniejsze i późniejsze gafy, solidarnie zganialiśmy na Wojtka (Panie Wojtku Sorki, ale Pana nie było, a na kogoś musiało być, nie na nas „Orłów” przecież), co po wyjaśnieniu komentowaliśmy spokojnym

- No faktycznie, miał rację.

Ale wracając do naszej trasy: stanęliśmy nad zjazdem patrząc w dół i nagle spłynęła na nas przemożna ochota przeczytania w końcu opisu trasy.

- Jest! - ucieszył się Paweł - No, faktycznie opisuje, że będzie trudno.

Teraz mi to mówi, jak ja już nastawiłem się na łatwiznę i kolację po zakończeniu trasy? Trudno??? Tam było PRZECHLAPANE!!! W dodatku jadę pierwszy.

Paweł zaproponował, abyśmy najpierw przeszli się tym zjazdem, co było mądrą myślą. aczkolwiek nie do końca, bo bałem się już schodząc na myśl, co tu się będzie działo. Potem bałem się podchodząc do samochodów na górę i już byłem zły, że będę musiał jeszcze raz bać się zjeżdżając.

Przypomniałem sobie, że kapitanowie okrętów pirackich przed bitwą kazali podawać sobie czerwoną koszulę, aby w czasie bitwy, po zranieniu, nie okazywać wrogom krwi. Czerwona koszula pozwalała maskować rany.

Pomyślałem, że nam bardziej potrzeba teraz będzie brązowych spodni... Ale ruszyłem (...) i jakoś szczęśliwie dotarłem na dół.

Będąc już na bezpiecznej ścieżce pod zjazdem, z przekąsem powiedziałem Pawłowi:

- Teraz TY.

Paweł wsiadając do autka mamrotał coś o Wojtku i zmysłach, czy coś takiego, że jak go spotka to coś tam... ale nic chyba ważnego.

Ci co zjechali, to wiedzą jak to jest, ci co nie zjechali, nie będą nigdy wiedzieli, a tych co MÓWIĄ, że zjechali – Pozdrawiam. Następne DWIE GODZINY w plecy.

Żegnaj ciepła kolacjo...

Paweł filozoficznie stwierdził, że i tak nam nieźle poszło, bo tu jak byk stoi - pokazał Wojtkową rozpiskę - że tutaj to jedni połamali ręce czy nogi.

Teraz mi to mówi - pomyślałem - jak ja już na dole. Tam, na górze mogłeś mi to Pajacu powiedzieć, to bym się zastanowił czy jechać, a nie tutaj.

Jedziemy dalej. Teraz podjazd pod Radostową i znów przesrane.

Wspominałem już, że dzień wcześniej lało.

Na szczęście Samurajki wyposażone w są konkretne opony do full terenu i bardzo dzielnie sobie radzą. Musieliśmy jednak dać z siebie wszystko.

Samurai, aby wjechać musi dostać wysokich obrotów i jadąc na reduktorze nie można odpuścić nawet na moment, bo potem już się nie ruszy z błotka. Paweł jedzie pierwszy zgodnie z ta zasadą, ale nagle zwalnia i zatrzymuje się w połowie drogi. Siłą rzeczy ja również staję, klnąc w duchu na myśl o kłopotach z dalszą jazdą. Błoto okleja opony, a auto na ręcznym ześlizguje się w dół. Opieram się zderzakiem o drzewo i wysiadam podchodząc do suzuki Pawła.

Okazało się, że auto zgasło z braku paliwa. Niemożliwe, bo w zbiorniku jeszcze jest prawie połowa! A jednak: pochylenie auta było na tyle duże, a rurka ciągnąca paliwo na tyle krótka i umieszczona z przodu, że paliwo nie było podawane. Musieliśmy nawrócić i Paweł wjechał ostatni odcinek TYŁEM.
Później już było na tyle późno, że postanowiliśmy dokończyć następnego dnia.

 

Nowy dzień rozpoczęliśmy od spotkania z inną grupą kolegów, borykających się z naszym zjazdem. Masa kłopotów i rozsądek sprawił, że odpuścili. Okazało się, że zwłaszcza Quady nie były w stanie poradzić sobie ze zjazdem...
Spotkaliśmy się jeszcze potem na Radostowej i wspólnie podziwialiśmy krajobrazy, ale dalej jechaliśmy sami.

I znów łączki, kapliczki dróżki itp....

Znów sielanka oraz brak świadomości nadciągającego nieszczęścia. Była nią Lubrzanka – rzeczka - widmo klęski i upokorzenia, ale po kolei.

Nauczeni smutnym doświadczeniem teraz już czytaliśmy Wojtkowy opis trasy.

Niestety nie do końca prawidłowo ważyliśmy jego słowa. Dojeżdżamy do rzeczki – strumyk ledwo się sączący, płyciutki ledwo do kolan, a Wojtek pisze, że mamy sprawdzać bród w woderach... Bez jaj - panie Wojtku - bez przesady. Może inni tak, ale my – Kozacy?

Przecież wodery noszą tylko cioty. Naprzód do boju !!! Jedziemy...

CZTERY GODZINY W PLECY !!! Wracamy do Starachowic na holu.
(P.S. Kupiłem sobie fajne wodery na Allegro)

 

Trzeci dzień.
Po wieczornej walce, samurai Pawła odpalił i jeździ. Wyczyszczony gaźnik, świece, przewody i zbiornik. Autko jak nowe.

Wyjechaliśmy ze Starachowic trochę później niż zwykle, bo zaczynaliśmy od Lubrzanki, a to już do końca nie daleko, chociaż już zdążyliśmy nabrać szacunku dla trasy. Niestety nie do końca.

Rozpoczęliśmy forsowanie rzeki drugim samurajem... i już po 5 minutach musieliśmy znów wracać do domu...

 

Czwarty dzień.

Po pokonaniu Lubrzanki - TFU - z uporem godnym lepszej sprawy, ojechaliśmy dalej.

Przed piaskownią w Bęczkowie spotkaliśmy znów kolegów i razem pojechaliśmy do PSTRĄGA (sympatycznej knajpki na trasie) na pstrąga z cytryną. Panie Wojtku, to był najlepszy punkt trasy! - jedzenie wyśmienite albo byliśmy już tacy wygłodniali...

Po drodze jeszcze widzieliśmy dom ze styropianu.

Potem pobawiliśmy się na piaskowni i nareszcie, po czterech dniach, zakończyliśmy trasę.

 

Jeszcze na zakończenie:
Być może Wojtek Bednarczyk tworzy piękne i ciekawe trasy turystyczno off-road'owe, tzw. rodzinne, ale nie wolno Nam nigdy lekceważyć stopnia trudności tras i należy traktować je bardzo poważnie, żeby nie okazało się, iż takie właśnie proste i „lajtowe” traski dadzą Nam naprawdę „popalić”. Niech nasz komentarz do tej trasy pokaże jak para „Gamoni” wybierając się radośnie i twórczo na „niedzielną wycieczkę”, szybko nabrała pokory dla trudnej trasy.
Mieliśmy też kilka przygód z „tambylcami”, w kwestii „moja droga” mieliśmy parę rozbieżnych zdań, kilka dróg zostało zaoranych lub przekopanych, tylko co to da??? Przeciw czemu te dziury?
Chyba nie przeciw Nam, bo samurajki bardzo fajnie radzą sobie z wszelkiej maści przeszkodami tego typu. Sądzę, że bardziej chodzi tutaj o kradzież drewna z lasu i o kłusowników oraz o wysypywanie śmieci do lasu i tej wersji będę się trzymał.

 

Ryszard Czubiński

 

Zobacz zdjęcia uczestnika relacjonowanego wyjazdu - Pawła Gryza.